26 maj 2010

Rowerowy Olsztyn

W dniu 16 marca w Sejmie odbyło się seminarium współorganizowane przez Parlamentarną Grupę do Spraw Rozwoju Komunikacji i Turystyki Rowerowej oraz Ogólnopolską Sieć Organizacji Rowerowych „Miasta dla Rowerów” pod hasłem „Rowerowa Polska - Rowerowa Europa. Korzyści ze współpracy społecznej podczas realizacji polityki transportowej w miastach”.

Dlaczego wracam do tego wydarzenia sprzed ponad dwóch miesięcy? Otóż wreszcie także Olsztyn – stolica województwa warmińsko-mazurskiego - dojrzał do współpracy władz państwowych i samorządowych z organizacjami społecznymi w kwestii tworzenia planów komunikacji rowerowej.

Na wspomnianym seminarium przedstawione zostały przykłady Gdańska, Warszawy i Wrocławia - miast odnoszących sukcesy w rozwoju ruchu rowerowego. A dlaczego odnoszą sukcesy? Bo mają oficerów rowerowych! Są to osoby zatrudnione w urzędach na stanowiskach specjalistów do spraw komunikacji rowerowej.

Nikt inny jak zapalony rowerzysta (a więc praktyk) nie wie jak dobrze projektować ścieżki rowerowe, na co zwracać uwagę, czego unikać, do czego dążyć.

Pan Mirosław Arczak będzie takim oficerem w ratuszu olsztyńskim. Szkoda, że na razie na pół etatu. Ale skoro do tej pory pracował społecznie, to już i tak sukces.

W miastach, w których poważnie podchodzi się do rozwoju ruchu rowerowego przy departamentach transportu tworzone są zespoły do spraw komunikacji rowerowej. Nawet dwu-, trzyosobowe komórki poświęcające się jednemu tematowi zdziałać mogą więcej niż duży zespół zajmujący się wszystkim ogólnie.

Niedawno nawet w Dyrekcji Generalnej Dróg Krajowych i Autostrad został powołany z inicjatywy wiceministra infrastruktury Radosława Stępnia – który, tak na marginesie, jest maniakiem jazdy rowerowej; maniakiem w tym najbardziej pozytywnym znaczeniu - Zespół do Spraw Ścieżek Rowerowych.

Polecam lekturę relacji z seminarium tym, którzy lekko sceptycznie odnoszą się do pomysłu powołania oficera rowerowego w Olsztynie – a takie głosy pojawiły się w olsztyńskim dodatku jednej z gazet ;)

RELACJA Z SEMINARIUM

Trzeba pomagać, a nie zniechęcać! :)

15 kwi 2010

Wawel

Rodzina Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego podjęła decyzję o pochowaniu go w Warszawie. Nikt nie ma nawet słowa do powiedzenia na ten temat. Rodziny wszystkich tych, którzy zginęli 10 kwietnia podejmują swoje decyzje, trudne, ale konieczne.

W mediach i na portalach internetowych rozgorzała dyskusja o miejscu pochówku Pary Prezydenckiej.
Ktoś pyta: czy tysiące działaczy Solidarności będziemy chować na Wawelu?
Ktoś inny: Czy Maria Kaczyńska ma być też tam pochowana?
Ktoś odpowiedział: Pani Maria była dobrym człowiekiem, opiekowała się starszymi osobami, była dobra dla zwierząt.
Tu padło pytanie: a ja też się opiekuję i jestem dobra, czy też będę pochowana na Wawelu?
Pojawiła się pod tym pytaniem mniej więcej taka odpowiedź (przepraszam za nieścisłości, ale nie szukam już teraz dokładnego zapisu):
Tak, jeżeli:
1. Będziesz walczył z komunizmem.
2. Będziesz pracował przy okrągłym stole.
3. Będziesz tworzył kancelarię Prezydenta Lecha Wałęsy.
4. Będziesz ministrem sprawiedliwości.
5. Będziesz Prezydentem Warszawy.
6. Będziesz walczył o prawdę o Katyniu i nie tylko.
7. Będziesz uczciwym człowiekiem.
8. Będziesz Prezydentem Polski .
9. Zginiesz tragicznie.
10. Będziesz pierwszym prezydentem wolnej Polski, którego musimy pochować.
Dasz radę????

Decyzje już zapadły i nie rozumiem dzisiaj dalszych protestów. Swój udział w uroczystościach pogrzebowych zapowiedzieli zagraniczni goście. Pokażmy światu, że my- jako Polacy - jesteśmy razem. Wiem, w demokracji każdy może wyrażać swoje zdanie…

Nie mamy precedensu w tej materii i żadnego doświadczenia. Lech Kaczyński jest pierwszym prezydentem wolnej Polski, którego musimy pochować. Nie ulega wątpliwości, że był Patriotą i Ojczyznę kochał. Zginął w drodze na uroczystości, które upamiętnić miały ofiary stalinizmu, śmierć polskich oficerów, kwiat polskiej inteligencji.

Rodziny i dzieci oficerów, którzy zginęli w Katyniu w 1940 roku wywiezione zostały na Syberię. Tysiące dzieci dzięki pomocy zagranicznej i heroizmowi ich opiekunów udało się ocalić i znalazły nowe domy w Nowej Zelandii i RPA. Tworzą oni grupy Polonii, bardzo blisko związane z Polską i tragedią katyńską.

Ponieważ Senat RP działa na rzecz kontaktów Polonii z Ojczyzną miałem okazję spotykać się z „Dziećmi z Pahiatua” i „Dziećmi z Oudshoorn”. Ich wspomnienia są wstrząsające.

Tak sobie myślę, że chowając Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, honorujemy również pamięć tych, którzy zamordowani zostali w Katyniu w 1940 roku.

10 kwi 2010

Smoleńsk, 10 kwietnia 2010

Łączę się w bólu z Rodzinami i Przyjaciółmi tragicznie zmarłych członków polskiej delegacji, którzy zginęli w katastrofie prezydenckiego samolotu na lotnisku w Smoleńsku.

Straciłem dzisiaj wielu kolegów i przyjaciół.

Polacy stracili Prezydenta oraz wiele czołowych postaci z życia politycznego i społecznego, wiele osób ważnych dla funkcjonowania państwa.

Krystyna Bochenek – wicemarszałek Senatu RP ocaliła moje życie. Na jej prośbę zamieniliśmy się miejscami w delegacjach. Ja do Katynia poleciałem 7 kwietnia, z delegacją Premiera Donalda Tuska.

Ty Krysiu zajęłaś moje miejsce dzisiaj.

Trudno jest mi pogodzić się z tym, co się dzisiaj wydarzyło.

9 kwi 2010

To moje pieniądze

Długo zbierałem się z napisaniem tego tekstu, bo i uczucia do niego nadal mam mieszane. To znaczy poglądy mam ściśle ugruntowane, ale nie do końca byłem pewny czy dzielić się nimi publicznie.

Otóż wymyśliłem (pewnie nie ja pierwszy ;)), że każdy obywatel Rzeczypospolitej powinien traktować budżet państwa jak własny portfel – w sensie takim, że na wydatki budżetu patrzeć powinien przez pryzmat własnego portfela.

Często słyszymy, że ktoś mówi – to się nam należy, tamto im się należy, niech Państwo da. Ale gdybyśmy zapytali daną osobę, czy z własnej kieszeni jest skłonna pokryć wydatki na to czy tamto – wtedy pada odpowiedź: oooo, co to to nie!

A przecież budżet państwa to nic innego jak nasz wspólny portfel, do którego wkładamy nasze własne pieniądze poprzez fiskusa. Im więcej pieniędzy będzie wydawane nieracjonalnie, pod naciskiem jakiejś grupy zawodowej czy społecznej, tym więcej pieniędzy na pokrycie tych wydatków fiskus będzie musiał ściągnąć od całego społeczeństwa. Na przykład wszyscy gremialnie zapłacimy za premie dla przysłowiowego „Agenta Tomka” za spektakularne, acz niewiele dla państwa warte, akcje podchodowe.

Podam jeszcze taki przykład: co roku w dolinie rzeki „A” na wiosnę zdarzają się podtopienia i zalewanych jest kilka domów. Głosy ze strony narodu grzmią: trzeba tym ludziom pomóc! Niech Państwo da!

- ale czy Pan by dawał tak co roku?
- ja? Nie! Dlaczego ja?
- a bo właśnie Pan to państwo.
- a to nie, dziękuję. Może niech się od powodzi ubezpieczają.
- składki wysokie, bo ryzyko duże.
- jak co roku zdarzają się tam podtopienia, to może niech się wyprowadzą. Albo niech państwo zbuduje tamę.
- ale proszę Pana , tama to też z Pana pieniędzy (budżet – portfel).
- aaaa, to niech Państwo odkupi ziemię, domy, niech tam pozostanie naturalna retencja, a ludzie niech się przesiedlą. Będzie taniej?
- no pomóc trzeba, tym , którzy tej pomocy naprawdę potrzebują.
- no to pomagajmy rozsądnie.
- otóż proszę Pana, ja od początku tak mówię.

I tu dochodzę do pytania: dlaczego Ci, którzy co roku ponoszą takie straty na skutek podtopień, nie przeniosą się w tereny bardziej suche. Zdaję sobie sprawę, że ciężko jest zostawić „ojcowiznę” i że „starych drzew się nie przesadza”. Ale zrozumieć nie potrafię sytuacji, gdy na terenach, które powinny być wolne od zabudowy, które stanowią poldery wokół rzek i naturalne zbiorniki retencyjne, powstają nowe domy. Kto zezwala na zabudowę w takich miejscach??

Przyznaję, że od tej właśnie sytuacji – cyklicznych zalań – powstał pomysł patrzenia na budżet z perspektywy własnego portfela.

Czy budować za wiele milionów złotych tamy i sztuczne zbiorniki retencyjne, zaburzać naturalne cieki wodne, czy może lepiej (taniej) zbudować nowe domy, tam gdzie woda nie sięga?

Nie jest to problem odosobniony. Gdy spojrzymy na budżet państwa z takiej właśnie perspektywy, perspektywy własnego portfela, zmienia się punkt widzenia, a przez to i punkt siedzenia: to ja - obywatel - tak naprawdę jestem dysponentem publicznych pieniędzy. Zmienia się wtedy społeczne przyzwolenie lub niezgadzanie się na pewne działania. Prawda?

31 mar 2010

Alleluja!

Składam wszystkim Czytelnikom mojego bloga
serdeczne życzenia wszelkiego dobra,
zdrowia oraz pomyślności.

Niech nadchodzące Święta Wielkiej Nocy
będą pełne rodzinnego ciepła i odpoczynku,
napełnią Państwa prawdziwą wiosenną radością.

Wesołego Alleluja!

2 lut 2010

Szlema z nadróbką

A teraz coś z zupełnie innej beczki...
Nie mogłem się oprzeć – lubię to stwierdzenie z Monty Pythona.

Spotkałem się kilka dni temu z Panem Bogusławem Gierulskim. Kto gra na poważnie w karty, wie już o czym będzie mowa. Brydż. Nie wpadłem jeszcze w nałóg, ale po godzinnej z rozprawce o alertach, grze bez atu, bilansach, blefach, blotkach i dziadkach z jednym z najlepszych polskich brydżystów, można bakcyla złapać. A prezes Elbląskiego Stowarzyszenia Brydża Sportowego, który ma na swoim koncie m.in. tytuły Mistrza Polski w Parach, Mistrza Ameryki Północnej, IV m-ce na Olimpiadzie Sportów Umysłowych w Pekinie potrafi opowiadać o brydżu z pasją, z jaką zapewne też w brydża gra.

Jak co roku Bogusław Gierulski organizuje Międzynarodowy Kongres Brydża Sportowego „Żuławski” 2010 im. Arcymistrza Międzynarodowego Mirosława Wołka. Tegoroczny, XIII już Kongres, odbędzie się w dniach 19-21 lutego.

Nie chwaląc się powiem, że Turniej ten wspieram prawie od samego początku. Podczas Kongresu Elbląg staje się swego rodzaju Mekką dla najlepszych brydżystów z całego świata - kilkuset zawodników, którzy swe umiejętności licytacji i rozgrywek opanowali do perfekcji, emocje i sportowa rywalizacja oraz pytanie: kto zwycięży? Wszystko to powoduje, że Turniej elbląski należy do elity turniejów brydżowych.

Okazuje się, że zainteresowanie brydżem w świecie w ostatnim okresie bardzo wzrasta. W tej dyscyplinie najlepsi są Amerykanie i Włosi. Możemy być jednak dumni, gdyż w opinii światowej, Polacy plasują się także bardzo wysoko. Szczególnie nasza młodzież, regularnie zdobywa najwyższe tytuły.

Na początku napisałem, że kto gra w karty, ten nazwisko Gierulski zna. Ale - jak podkreśla prezes Gierulski - brydż to nie jest gra w karty; to gra przy ich pomocy. Jest to gra psychologiczna, opierająca się na logicznym i strategicznym myśleniu, umiejętności współpracy, pracy w zespole. Gra pasjonująca.

Na zakończenie, już tradycyjnie, życzę wszystkim polskim, a szczególnie elbląskim brydżystom, którzy wystartują w XIII Kongresie Brydża Sportowego „Żuławski” 2010 - szlema z nadróbką.

27 sty 2010

Nadeszła zima i zrobiło się zimno

Media donoszą, że w Krakowie i Katowicach stanęły koksowniki. W innych miastach też mają się pojawić.

W Stanach Zjednoczonych zamarzł wodospad, ale tam temperatura spadła do minus 55 stopni Celsjusza.

Nie potrafię sobie w tej chwili przypomnieć, gdzie to usłyszałem, czy przeczytałem, ale wypowiadał się meteorolog - bodajże z NASA - na temat ataków zimna. Teoria jest taka, że co 30-50 lat napływają z bieguna północnego trzy jęzory mrozu – nad Kanadę i USA, Wschodnią Rosję i Chiny oraz nad Europę właśnie – co nas bezpośrednio dotyczy. Takie zimno trwać ma około dwa i pół miesiąca. Zaczęło się w połowie grudnia, potrwa do końca lutego.

Rzeczywiście, 30 lat temu mieliśmy „rekordową” zimę i zdaje się, że mrozami „tylko” 25 stopniowymi nikt się nie podniecał i nie dziwił temu. Zima jest, to i śniegi, i mróz muszą być. Zimą robactwo wymarza i myszy też. Nie było dzięki temu kasztanowcowiaczków i innych paskudników, które w naszym klimacie wrogów naturalnych nie miały. Winnice i orzechy włoskie też się u nas - przynajmniej w Polsce północno-wschodniej – nie przyjmowały.

Słyszałem też wypowiedź naukowców, którzy grzmieli, że topnieją lodowce. Przyznają oni teraz, że rzeczywiście trochę w swoich apelach przesadzili. A ja myślę, że może mają rację; te lodowce topnieją, ale właśnie raz na 30-50 lat się odbudowują. Może tak być.

No właśnie: każda teoria, czy prosty pomysł, próba wyjaśnienia „atrakcji” pogodowych kończy się, a raczej zaczyna, od magicznych słówek „być może”. Na podstawie zapisków starożytnych i tych nowszych możemy jedynie mniej więcej (z naciskiem na mniej zapewne) wnioskować o zdarzających się pogodowych „wyskokach”. Czy na terenach, które obecnie zajmuje Rzeczpospolita 1000 lat temu latem bywały upały, a zimą mrozy siarczyste? Zapewne tak. Abstrahuję tutaj od tak odległych czasów jak okresy zlodowacenia.

Mimo rozwoju nauki, także w dziedzinie meteorologii i klimatologii, coraz bardziej precyzyjnych pomiarów, wzrostu mocy obliczeniowych radzących sobie z ogromną liczbą parametrów, modele pogodowe budujemy jedynie krótkoterminowe. A człowiek nie lubi, jak go coś zaskakuje i czegoś nie wie. Chcielibyśmy wiedzieć jaka pogoda będzie za dwa tygodnie, za miesiąc, w następne wakacje. A guzik! Prognozy wiarygodne sięgają w przyszłość tylko 3 dni. I wszystko być może.

Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz, a nawet dwie. Te awarie w energetyce i na kolei. Przecież zimy i śnieżne, i mroźne w Polsce były, czy wtedy nic się nie psuło, czy może się o tym po prostu nie mówiło? Uknułem na potrzebę wyjaśnienia tej historii własną teorię. No więc teraz teoria całkiem nowa: awarie się zdarzają, bo ludzie, od których „zabezpieczenie” przed takimi awariami zależy, zim prawdziwych i mrozu tak długo trzymającego - jak najbardziej dopuszczalnych dla naszej szerokości geograficznej - nie pamiętają!

Od kilku lat zimy mamy raczej łagodne. Znajoma niedawno zwróciła mi uwagę, że dzieci jej brata nadziwić się nie mogą, że może być tak zimno przez tak długo. Owszem mróz zimą pamiętają, ale zdarzający się sporadycznie – dwa dni, dwie noce, nie dłużej. Osoby urodzone pod koniec lat 70-tych po prostu nigdy tak długo trwającego mrozu i tak długo leżącego śniegu nie pamiętają. Albo… być może… mnie pamięć już mylić zaczyna.

Jedno jest pewne: Polska Francją południową nie jest!!

W globalnej wiosce, jaka staje się świat, próbujemy wszystko ujednolicać, spłaszczać, niwelować amplitudy – we wszystkich dziedzinach. Pogoda się temu nie daje. Na to człowiek wpływu nie ma. Dlatego domy ciepłe budować musimy, systemy ogrzewania wydajne montować. I niestety koszty ogrzewania - coraz wyższe :/ - ponosić. Niesprawiedliwość dotyka tych, którzy mieszkają w najzimniejszych rejonach Polski. Tu opłaty za ciepło mogą człowieka zrujnować.

A może – być może - to ochłodzenie, które nas właśnie tak dotkliwie dotyka, to skutek gromów i apeli całego świata i efekt konferencji klimatycznych. O, proszę zrobiliśmy konferencję i klimat globalny się poprawił. Znikło ocieplenie.

22 gru 2009

Wesołych Świąt!

"Przybieżeli do Betlejem pasterze..."

Życzę wszystkim rodzinnych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.
Niech nadchodzące dni będą radosne i pełne ciepła.

Niech magia Wigilijnego wieczoru otacza Czytelników mojego bloga
przez wszystkie dni nadchodzącego 2010 roku.

9 lis 2009

9 listopada 1989 -2009

Lech Wałęsa po raz drugi powalił mur berliński. Tym razem dosłownie i na oczach całego świata! Nie ma wolności bez Solidarności. Bez wolności nie ma demokracji.

5 lis 2009

Czym jest społeczeństwo obywatelskie?

W październiku w Senacie odbyła się Konferencja pod hasłem „Społeczeństwo obywatelskie a fundusze unijne. Partnerstwo, ale jakie?”. Współorganizatorami Konferencji były: Instytut Spraw Publicznych, Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych oraz Senat Rzeczypospolitej Polskiej.

W słowie wstępnym Prezes Instytutu Spraw Publicznych Jacek Kucharczyk, przedstawiając podtytuł konferencji „Partnerstwo, ale jakie”, podkreślił, że „partnerstwo” nie jest dookreślone w naszym prawodawstwie. Sam zastanawiam się, czy być powinno. Jeśli tak, to próbujemy społeczeństwo obywatelskie budować za pomocą wytycznych zapisanych w aktach prawnych. A może wystarczy edukacja, wiedza i przekonanie o własnej wartości, zatarcie granic między tak popularnym kiedyś „my – oni”. Czyż partnerstwo nie powinno wypłynąć – nazwijmy to - naturalnie? Bo przecież Państwo to My, Państwo to Społeczeństwo. Cała administracja działać powinna na zasadach partnerskich, a nie z poziomu władza-ludzie. Pan Jakub Wojnarowski – członek Zespołu Doradców Strategicznych Premiera, podkreślił właśnie rolę edukacji w procesie rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Edukację jako kreowanie postaw i aktywności. Ale to efekty da dopiero w przyszłości.

Póki co, chyba jednak musimy wyznaczać przepisami zasady partnerstwa dla administracji rządowej, samorządu, organizacji pozarządowych i jednostki, jaką jest każdy człowiek.

Pierwszy wykład Konferencji dotyczył zmian w prawie o organizacjach pozarządowych. Otóż, szykuje się wiele zmian. Między innymi w Ustawie Prawo o stowarzyszeniach. Ustawa ta ma 20 lat, weszła w życie na początku polskiej transformacji ustrojowej i przez 20 lat nie wprowadzono do niej żadnych poważniejszych zmian. Czas zatem najwyższy przygotować nową ustawę, która będzie wpisywała się w nowe warunki, w nową świadomość społeczeństwa, w demokrację, w większą wolność, większe zaufanie Państwa do obywatela, poczucie samorządności.

Kolejne dwa wykłady pod tytułami: „Społeczeństwo obywatelskie a Narodowa Strategia Spójności” oraz „Społeczeństwo obywatelskie w Strategii Lizbońskiej” zaczęły się od – na pozór - zaskakujących stwierdzeń prelegentów, że właściwie trudno jest połączyć temat społeczeństwa obywatelskiego ze Strategią Spójności, czy Strategią Lizbońską, ponieważ w Strategii nie występuje pojęcie społeczeństwa obywatelskiego. I tu zadałem sobie pytanie: dlaczego? i: czym jest społeczeństwo obywatelskie? Ano chyba, jest to normalne społeczeństwo; aktywne, wykazujące inicjatywy oddolne, społeczeństwo wolne, z poczuciem swojej wartości, z poczuciem wartości jednostki.

W Strategii Lizbońskiej nie ma mowy o społeczeństwie obywatelskim. Inaczej już sprawa przedstawia się w Traktacie Lizbońskim. Tutaj mówi się dużo o organizacjach pozarządowych, o ważnej roli społeczeństwa obywatelskiego w rozwoju Unii Europejskiej, o aktywizacji. Zastanawiałem się nad tym problemem i doszedłem do wniosku, że jest tak, ponieważ Strategia Lizbońska była przygotowywana 10 lat temu przez państwa „starej 15”. Dla nich społeczeństwo po prostu musiało być, było i jest z natury obywatelskie. Nie trzeba było „obywatelskości” podkreślać i uwypuklać. Ale w przypadku państw „postkomunistycznych” sprawa wygląda diametralnie inaczej. W Polsce także dopiero tworzymy społeczeństwo obywatelskie. My wciąż jesteśmy na etapie przechodzenia ze społeczeństwa totalitarnego, komunistycznego do społeczeństwa demokratycznego, obywatelskiego.

Unia Europejska nas w tym kierunku popycha. Choćby właśnie poprzez fundusze unijne na inicjatywy oddolne, aktywizację. My dopiero musimy się wyrwać spod „czapy totalitarnej”, która nadal ciąży na naszym społeczeństwie. To zadanie dla młodych ludzi. Części starszego pokolenia nie uda się wyrwać ze „starego systemu”. Stwierdzam z przykrością, że są ludzie, którzy z tego systemu wyrwani być nie chcą! Jedni ze strachu, z obawy przed nowym, inni z wygody i przywilejów. Społeczeństwo obywatelskie to społeczeństwo wolne, z poszanowaniem praw jednostki. Czego się zatem bać?! Za dużej wolności?! A może… odpowiedzialności?

Amerykański psycholog Philip Zimbardo w jednym z wywiadów na temat polskiego społeczeństwa, powiedział: „Komunizm umniejszał znaczenie jednostki i ograniczał jej wpływ na własne życie. Można jednak pomóc kolejnym pokoleniom nie powielać tego schematu. Trzeba aktywizować ludzi, bo dzięki temu uwierzą, że mają wpływ na własne życie, że mogą coś osiągnąć”. Mądre – prawda?

Dlatego na koniec odejdę od – wspomnianej na wstępie - Konferencji, a przerzucę się na konsultacje. Jednym ze sposobów udziału społeczeństwa w sprawowaniu władzy, w rozwoju, wyrazem partnerstwa są konsultacje społeczne.

"Konsultacje społeczne to proces, w którym przedstawiciele władz (każdego szczebla: od lokalnych po centralne) przedstawiają obywatelom swoje plany dotyczące np. aktów prawnych (ich zmiany lub uchwalania nowych), inwestycji lub innych przedsięwzięć, które będą miały wpływ na życie codzienne i pracę obywateli. Konsultacje nie ograniczają się jednak tylko do przedstawienia tych planów, ale także do wysłuchania opinii na ich temat, ich modyfikowania i informowania o ostatecznej decyzji. Konsultacje społeczne to sposób uzyskiwania opinii, stanowisk, propozycji itp. od instytucji i osób, których w pewien sposób dotkną, bezpośrednio lub pośrednio, skutki proponowanych przez administrację działań". [za: http://administracja.ngo.pl/x/340786 ]

To także na razie metoda partnerstwa raczkująca w Polsce. Smutne jest, gdy podczas konsultacji pomysłodawcy mówią swoje, „konsultanci społeczni” swoje. I mimo negatywnych opinii, uwag, czasem nowych propozycji, pomysłodawcy robią, to co wcześniej zaplanowali. Konsultacje się przecież odbyły. Procedura zachowana. Brawo.

Innym niepokojącym zjawiskiem jest mała frekwencja na takich spotkaniach. Z czego ona wynika? Czasem ze złej informacji lub jej „prawie braku” ze strony wnioskodawców. Ale też po części wynika z tej „czapy totalitarnej”, która na społeczeństwie ciąży. A przecież w przypadku wielu projektów to my sami decydować musimy, czego chcemy i w jakiej formie. Żebyśmy później nie mieli pretensji, że decyzje zapadają za naszymi plecami. Czy to nasza polska przywara? Mamy zdanie na każdy temat. I liczne pretensje. Tylko gdzie je artykułujemy? W kuchni gotując obiad? Leżąc w domu na kanapie przed telewizorem? Korzystajmy ze swoich praw obywatelskich. Bądźmy społeczeństwem obywatelskim!!

Uwaga: Ci, którzy społeczeństwo do aktywności zniechęcają, mogą być uznani za komunistów!! Nie żartuję. To przecież wynika ze słów profesora Zimbardo.

A na zakończenie rodzi mi się taka oto konkluzja: prawdziwe społeczeństwo obywatelskie i partnerstwo zbudujemy wtedy, gdy administracja rządowa, samorząd, sfera biznesu, organizacje pozarządowe (czyli ludzie w danym sektorze działający) zdadzą sobie sprawę, że wszyscy jesteśmy zbiorem jednostek. Równych jednostek.